12 maj 2009

Lektury

One Day on Mars takie sobie. Akcja dla młodzieży. Szkoda, mogło być coś lepszego. Ale i tak coś wyniosłem z tej lektury.

Zauważyłem mianowicie że wiele z zaliczonych przeze mnie lektur zahaczających o temat militariów pokazuje amerykańską armię i amerykańskich żołnierzy w bardzo pozytywny sposób. Myślę sobie że jest to bardzo korzystne w państwie dla którego armia jest bardzo ważna. Co ciekawe - te "działania propagandowe" wydają się być całkowicie spontaniczne i oddolne. A także nienachalne - to się naprawdę dobrze czyta. Obraz nie jest podejrzanie cudowny, zawsze są na nim skazy - niekompetentni dowódcy, tchórzliwi żołnierze, bandyci w mundurach. Jednak są to zawsze piętnowane, nawet jeśli uważane za nieuniknione aberracje. Czapki z głów - kawał porządnej roboty. Widać, że oni naprawdę szanują swoje wojsko. I bardzo dobrze. W końcu z punktu widzenia polityki państwa żołnierze wykonują bardzo istotne zadania. Im lepszą mają opinię, im wyższy etos - tym lepiej będą się do tych zadań przykładać.

Tak zwana ekologia

Tytuł lekko agresywny, wyjaśnię więc może na początek że nie jestem przeciwnikiem ekologii, ekologów, działań proekologicznych i tak dalej. Planetę którą zamieszkujemy postrzegam jako statek kosmiczny, którego funkcjonowanie nie jest do końca rozpoznane - a instrukcji obsługi nie mamy. Więc zakłócanie funkcjonowania jego systemów, na przykład poprzez wpuszczanie mas różnych gazów do atmosfery albo likwidowanie losowo wybranych gatunków, może być działaniem samobójczym - jeśli coś za bardzo zepsujemy nie mamy się na co przesiąść. Dodatkowo pamiętać trzeba o tym że o ile życie jako takie funkcjonować może w bardzo szerokim zakresie warunków o tyle nasza cywilizacja nie jest przygotowana na, powiedzmy, wzrost temperatury o 5 stopni - problemy stworzone przez takie zdarzenie byłyby wręcz katastrofalnie kosztowne do rozwiązania.

Jednakże mądre spostrzeżenie i dobre intencje nie zwalniają z myślenia. Chodzi mi tu o przesławny "podatek ekologiczny". Już sobie daruję wskazywanie że on nie zachęca do zakupu nowych samochodów (nie stają się dostępniejsze) tylko zniechęca do kupowania starych - to nie jest to samo! Po prostu jest to podatek dla producentów samochodów i tyle - dlatego dałem cudzysłów. A podatek ekologiczny jak najbardziej istnieje i to od dawna, nazywa się "akcyza". I jest proporcjonalny do zużycia paliwa - a zatem do ilości generowanego przez pojazd dwutlenku węgla. Ciekawe że jakoś się go pomija w rozważaniach.

Ale do rzeczy. Tak się składa że reguła TANTAASFL obowiązuje bezlitośnie. Można zamiast jeździć samochodem 20 lat po dziesięciu zmienić go na nowy, mniej szkodliwy dla środowiska. Tylko że samochody nie rosną na drzewach, nie spadają w meteorach, morze nie wyrzuca ich na brzeg. Trzeba je wyprodukować zużywając przy tym na przykład dość monstrualne ilości wody. Przetransportować rudę, blachy, gotowy produkt. Zutylizować pojazd złomowany. To wszystko są koszta - koszta dla środowiska. I nie mamy pojęcia czy saldo jest korzystne.

Ale podatek pomysłodawcy nadal uparcie nazywają "ekologicznym" - choć nie wiadomo czy takim faktycznie jest. Ech.